fbpx

Gryzło mnie od tygodni. Ono, to przeklęte poczucie, że powinnam napisać. Powinnam spróbować pokazać swoją perspektywę. Spróbować obronić ten przeklęty – dla zasady – czas, kiedy z taką pasją uśmiercamy tak wiele.

Przyszła jesień. Nie umieram – ani lirycznie, ani psychicznie. Tylko to przyszło z czasem, a właściwie pogodzenie się z tym, że nie ma potrzeby umartwiać się nad sobą, bo liście spadają z drzew, bo pada deszcz, bo temperatura leci niżej i niżej. Teoretycznie wszystko w dół. Ale jak się jest niskim, to nie przeszkadza aż tak.

Odkąd mam zeszyty, piszę w nich regularnie bardziej lub mniej, ale robię to od lat, od ponad dekady. Sugerując się datami, nie istniałam przez pierwsze kilka jesieni mojego pisania. Dat praktycznie nie ma. Nie ma właściwie niczego konkretnego poza tym, że byłam zmęczona, jadłam obiad, kursowałam między domem a szkołą. Inną sprawą jest to, że nie robiłam wtedy wiele więcej, ale myślałam – to bez wątpienia. Tylko to były jeszcze czasy, kiedy nie czułam potrzeby pisania o tym, co mam w głowie; zeszyty miały służyć opisywaniu moich dni. By je pamiętać. Tak przynajmniej mi się wydaje, kiedy myślę o tym tu i teraz.

Jesienią było mi smutno i zarzucałam wszystkie piękne plany, jakie kiełkowały mi w głowie na przełomie czerwca i lipca, czyli wtedy, kiedy zaczynała się moja uczniowska wolność: wakacje. Do jakiegoś czasu tak było. Nic dziwnego, schemat dość banalny. Długie dni, beztroska, brak zobowiązań – chciało mi się. Wrzesień to kończył. Zewsząd narzekania. Wszystkich. Rodziców, bo znów będą się uczyć z dziećmi. Dzieci, bo taka kolej rzeczy. Tak było, jest i będzie. Sama narzekałam, bo tak. Chyba właśnie bo tak. Lubiłam moją pierwszą szkołę i powroty do niej, koniec sierpnia zawsze mnie już nużył. Ale przecież skoro wszyscy narzekamy, to narzekamy. Koniec wakacji to umowny koniec lata, wrzesień to już jesień. Jesień jest smutna. Jesienią jesteśmy nieszczęśliwi i zmęczeni.

Kartkuję ostatni zapełniony zeszyt. Jest rok 2016 i pierwszy raz wtedy otwarcie mówię sama sobie (piszę), że jesień jest piękna. Pomyślałam o tym, idąc rankiem do lekarza. Pierwszy raz popatrzyłam jakoś inaczej na ogromne słońce. Na ciepłe kolory niesione przez nieznacznie ostrzejszy wiatr. Pomyślałam dalej.

Jesień przynosi nam cały kosz różnych rzeczy, a my przeważnie rozdrabniamy się tylko nad żalami, które z jakiegoś powodu zabieramy z tego kosza w pierwszej kolejności. Myślimy tylko o końcu lata i nadchodzącej zimie. Zapominamy o tym, co jest pomiędzy. Ona [jesień] wcale nie zabija tego, co ożywiła wiosna. Ona kładzie tylko spać, to wszystko. Wiosna budzi. Nic nie umiera. W przyrodzie nic nie ginie. Jesień jest piękna.
Ja przyszłam na świat jeszcze jesienią (…) i czuję, jakby to wydarzyło się znów.

Wrzesień 2016r.

Tamtego roku byłam bardzo pogubioną osobą i miałam zgubić się jeszcze bardziej, ale to wtedy znalazłam zachwyt w jesieni. Nie straciłam go.
Rok dalej.

Świat musi odpocząć. Drzewa idą spać.  Słońce idzie spać. Błękit nieba potrzebuje zaczerpnąć oddechu.
Z jakiegoś powodu idzie spać i krocie ludzkich marzeń. I sił. Umierają, tłumacząc się, że taki czas. Że wszystko umiera. A to nieprawda. Świat nie umiera. On już wtedy, teraz, zaczyna robić wszystko, by za kilka miesięcy zaprzeć dech w naszych piersiach swym potężnym, niewiarygodnym pięknem.
A ludzie nie. Odpuszczają. Zagrzebują. Zapominają. (…)
Podczas gdy wszystko mogłoby być tak inne.
Diametralnie inaczej.

Wrzesień 2017r.

I jeszcze dalej.

We wrześniu mam tak, że wystarczy mi wyjść na moment z domu, a już coś ściska mnie za serce. Coś mnie porusza. Coś…
Mną. We mnie. (…)
Niebo staje się inne. Świat wydaje się być cieplejszy kolorami – na przekór temu, co pokazuje termometr. Cieplejszy jest w moich oczach. To jest to… dziwne, dziwne ciepło.
To jest ciepło krwawych zachodów słońca, których nigdy nie widziałam. To jest ciepło wspomnień, które nie są moje. Nie doświadczyłam.
Wrzesień, miły, jest najbardziej nostalgiczny z mojej dwunastki miesięcy. Wystarczy, by przyszedł. Wystarczy, bym spojrzała w bezchmurne niebo.
Tyle wystarczy, by łzy
                                       spłynęły mi
                                                            w głąb gardła.  

Wrzesień 2019r.

Wrzesień tego roku minął prędzej niż wcześniejszej. W moim zeszycie widnieje tylko jedna tegoroczna wrześniowa data.

W tym wrześniu jestem szczęśliwa, ale nie jestem pewna, czy to jest dobre słowo. Dystansuje się. Chodzi o to, że zmienia się moje spojrzenie na wiele, jak nie wszystko (choć wszystko to na pewno nie jest dobre słowo. Zdaje się być niebezpieczne). Potrzebuję zmieniać. Mam wrażenie, że zbyt długo nie pisałam o rzeczach ważnych dla siebie. Zaniedbałam to, chcąc robić zbyt wiele. Może dobrze byłoby to sobie poukładać. (…) Czekam na wiele, ale to nie jest bierne. Myślę też. Staram się, ale tak zdrowo. Robić i myśleć.

Wrzesień 2020r.

Tej jesieni myślę o myślach więcej niż dotychczas, a właściwie więcej niż kiedykolwiek wcześniej, bo zwyczajnie nigdy się nie skupiałam na istocie ich samych. Potrzebowałam usłyszeć, że myśli, złe czy dobre, to jednak tylko myśli. Potrzebowałam wylać je z siebie ze słoną wodą. Potrzebowałam przeczytać, że szczęście w moim (twoim) życiu zależy od jakości moich (twoich) myśli (to Marek Aureliusz, bo wszystko wokół daje mi znaki, że powrót do korzeni był słuszną decyzją).

Zrobiłam jesienne porządki, ale zaczęłam kilka miesięcy wcześniej. Posprzątałam w szafie, w mediach społecznościowych, a w sobie sprzątam dalej, bo nie robiłam tak tego przez całe życie, choć moja kochana Osoba mówiła już dawno, że powinnam dla swojego dobrego. Sprzątam z pomocą, bo kiedy próbowałam sama, kończyło się to po prostu zamiataniem pod dywan i omijaniem przestrzeni pod i za meblami, bo tego przecież nie widać. A przecież ten kurz drażni tak samo, jak nie bardziej. Uważajcie na roztocza.

Zrezygnowałam na jakiś czas ze szkieł kontaktowych i znów noszę okulary. Oczy bolą mnie mniej i milej mi patrzyć na świat. Kiedy zaparują, po prostu je zdejmuję i chwilę widzę mniej wyraźnie. Odpoczywam. W komunikacji miejskiej już znów jest pełno. Życie toczy się właściwie jak się toczyło. Ale mnie jest jednak lżej, choć czasem nie uśmiecham się wcale.

O co chodzi?

Chodzi o nas samych. Chodzi o mnie. Powoli się znajduję. Jesienią dni stają się coraz krótsze, zmrok zapada prędzej, ale to nic. Dzień wciąż jest dniem. Nic nie umiera. My też nie. Jesienią łatwiej jest zgasić światło i pójść spać. Nasza jesienna umieralność być może wynika właśnie z tego. Łatwiej jest coś przegapić. Dni i chwile przelatują przez palce, a nasza egzystencja podtrzymywana jest tylko przez wizję Bożego Narodzenia (wolne), które gdzieś tam powoli błyska na horyzoncie, jak ta pierwsza gwiazdka. Później Nowy Rok – i byle do wiosny. Byle do Wielkanocy. Byle do majówki. Byle do lata. Do wakacji.

Znowu jesień

Jestem młodym człowiekiem, na którego wszystko jeszcze może spaść, ale na którego coś już zdążyło też pospadać. Ośmielam się stwierdzić na podstawie własnych doświadczeń i tysięcy, a może milionów, zapisanych słów, że jaśniej widzę. Zwłaszcza jesienią.

Nie idźmy jeszcze spać. Popatrzmy jeszcze raz. Jeszcze przez chwilę. Może coś nam umknęło?

Alicja Trubas

Alicja Trubas

Słowo za słowem. Krok po kroku. Studiuję. Myślę. Piszę. Czytam. Piszę. Gnam. Poznaję. Upadam. Zaciskam pięści, zaciskam zęby. Nie ocieram łez. Gnam. Ze wszystkich sił. Dźwigam - na wątłych barkach. Piszę. Mam na imię Alicja. Oddycham słowami.

%d bloggers like this: